Jedną z najgroźniejszych pułapek jest telefon wzięty na raty. Mechanizm jest prosty: nieuczciwy sprzedawca podpisuje w salonie umowę abonamentową, odbiera najnowszy model i od razu wystawia go w sieci za gotówkę. Kupujący cieszy się sprzętem do czasu, aż oszust przestaje płacić. Operator po kilku upomnieniach blokuje urządzenie i z drogiego smartfona robi się elegancki przycisk do papieru, który wciąż się włącza, ale nie połączy się z żadną siecią.
Inny poważny problem dotyczy stanu technicznego akumulatora oraz manipulacji wokół jego zużycia. Przy zakupie używanego smartfona a zwłaszcza iPhone’a kluczowe jest zestawienie ze sobą trzech parametrów: deklarowanej kondycji baterii, liczby przepracowanych cykli ładowania oraz daty pierwszej aktywacji urządzenia. Normalnie użytkowana bateria traci średnio od kilkunastu do dwudziestu procent swojej pojemności po około 500 cyklach, co zazwyczaj przekłada się na dwa lata codziennego ładowania. Gdy w ogłoszeniu widzimy trzyletni telefon z przebiegiem kilkuset cykli, a system rzekomo wskazuje 95 procent kondycji, w głowie powinna zapalić się czerwona lampka. Taka niespójność danych niemal zawsze oznacza jedno z dwóch rozwiązań. Sprzedawca mógł zastosować specjalny programator serwisowy, który sztucznie resetuje fabryczny wskaźnik kondycji do idealnego poziomu, albo zainstalować najtańszy zamiennik baterii z doklejoną oryginalną taśmą sterującą. W obu przypadkach urządzenie będzie po prostu szybko się rozładowywać, wyłączać na mrozie, a po aktualizacji systemu może uraczyć nas komunikatem o braku możliwości weryfikacji oryginalności części. Do tego dochodzą blokady kont: telefon z aktywnym iCloud albo blokadą FRP Google po resecie jest dla nowego właściciela całkowicie bezużyteczny.
Niepokój powinny budzić także ogłoszenia z tłumaczeniami w stylu „nie mam ładowarki” albo „leżał w szufladzie, nie wiem, czy działa”. Zwykle zasłaniają one zalanie, uszkodzone gniazdo ładowania albo martwą płytę główną.
Najlepszą obroną jest odbiór osobisty. Przy ofercie z drugiego końca Polski zostaje nam zaufanie do zdjęć i słów sprzedawcy, a wpłacanie zaliczki „na słowo honoru” to proszenie się o kłopoty. Lokalne ogłoszenia, na przykład na elbingo.pl, ułatwiają znalezienie ofert z Elbląga i okolic, a więc także umówienie się na spotkanie i sprawdzenie sprzętu przed zapłatą. Sam portal nie gwarantuje jednak uczciwości każdego ogłoszeniodawcy. O bezpieczeństwie transakcji decyduje to, co sprawdzimy na miejscu.
A sprawdzić można naprawdę dużo. Warto włożyć własną kartę SIM, wykonać połączenie testowe i sprawdzić internet. Dotknijmy każdego fragmentu ekranu, przetestujmy aparaty, głośnik i mikrofon, a potem podłączmy telefon do własnej ładowarki lub powerbanku, żeby upewnić się, że gniazdo działa stabilnie. Przed zapłatą poprośmy sprzedawcę, by w naszej obecności wylogował konto iCloud lub Google i przywrócił ustawienia fabryczne. Na koniec spiszmy krótką umowę kupna-sprzedaży z danymi obu stron oraz dokładnym modelem urządzenia.
Jeśli sprzedawca się spieszy, unika testów albo domaga się przelewu z góry, najlepiej po prostu odejść. Prawdziwe okazje zdarzają się rzadko, a pośpiech i wiara w zapewnienia anonimowych sprzedawców to najlepsi sprzymierzeńcy oszustów. Spokojne spotkanie, kilka minut testów i trzeźwa głowa wystarczą, żeby kupić sprawny telefon w dobrej cenie i uniknąć przykrych niespodzianek.

Napisz komentarz
Komentarze